REPORTAŻ, KRYMINOLOGIA ORAZ NAUKI POKREWNE

REPORTAŻ, KRYMINOLOGIA ORAZ NAUKI POKREWNE

Charles Cullen. Anioł śmierci

Według śledczych mógł popełnić nawet 400 zbrodni

DZIWNE WYDARZENIA

14 lutego 1991 r. Anna Byers, pacjentka oddziału kardiologicznego szpitala Św. Barnaby w New Jersey była przygotowywana do operacji udrożnienia mięśnia sercowego. Pielęgniarki otoczyły chorą kobietę opieką, wkładając mnóstwo serca w dbałość o jej spokój i komfort. Rutynowo, dwadzieścia cztery godziny przed planowanym zabiegiem, lekarz zlecił podłączenie kroplówki zawierającej mieszankę soli fizjologicznej i heparyny, która posiada właściwości rozrzedzające krew i usuwa ewentualne zakrzepy. Ale tym razem coś poszło nie tak. Sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Trzydzieści minut po podłączeniu woreczka z kroplówką, stan pacjentki znacznie się pogorszył, kobieta dostała ataku mdłości, zimnych potów i drgawek. Wykonane błyskawicznie testy laboratoryjne wykazały znaczne podwyższenie poziomu insuliny. W reakcji, pielęgniarki podały dożylnie dokstrynę, która unormowała ilość cukru w krwi kobiety. Po kilku minutach pacjentka powróciła do pełni sił.

Gdy zagrożenie minęło Annę Byers ponownie zaczęto przygotowywać do operacji. Kolejny raz zaaplikowano jej kroplówkę z heparyną i w niedługim czasie problemy z nadmiarem insuliny wróciły. Poziom cukru w krwi kobiety drastycznie zmalał, skonsternowani lekarze i pielęgniarki stoczyli kolejną heroiczną walkę o życie pacjentki. Ponownie jak poprzednio, wszystkie symptomy zatrucia insuliną minęły błyskawicznie po odłączeniu kroplówki.

Kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła, lecz dotyczyła zupełnie innego pacjenta – Freda Belfa. Jemu także podano roztwór soli fizjologicznej i heparyny, po czym personel szpitalny zmuszony był do 12-godzinnej walki o unormowanie poziomu insuliny w jego krwi.

Medycy szybko doszli do wniosku, że musi istnieć zależność pomiędzy workami zawierającymi heparynę, a skokami poziomu cukru u obojga pacjentów. Zabezpieczone pojemniki wysłane zostały do analizy, która ujawniła w nich ogromne ilości insuliny. Mikroskopijny obraz krawędzi każdego z nich wykazał drobne naruszenia ich struktury, spowodowane przez nakłucia igłą.

Co gorsza, wewnętrzne śledztwo szpitalne wykazało, że przypadki Anny Byers i Freda Belfa nie były pierwszymi tego typu sytuacjami w placówce. Do podobnych incydentów dochodziło także na innych oddziałach, jednakże każdy osobny przypadek zawsze dało się jakoś wytłumaczyć. Najczęściej zwykłym błędem ludzkim, który nie okazał się tragiczny w skutkach. Takie sytuacje zdarzają się w każdym szpitalu.

Niemniej podejrzliwość władz szpitala wzbudziła intensywność przypadków, a ponadto pojawił się dowód w postaci nakłuć na woreczkach. Pierwotnie zarządzający placówką zakładali błąd w sztuce lekarskiej, wynikający z nieprawidłowego odczytu polecenia lekarzy lub złego oznaczenia kroplówek. Jednakże po analizie przypadków okazało się, że w żadnym z nich nie było przepisanej recepty na insulinę, ani też żadnej notatki pielęgniarzy informującej, że insulina została podana. Dla władz szpitalnych stało się oczywiste, że ktoś umyślnie zatruwał podawane pacjentom kroplówki. Po wyeliminowaniu możliwości ingerencji osób z zewnątrz, śledztwo szpitalne skupione zostało wokół personelu szpitalnego, a zwłaszcza trzech osób, które miały kontakt ze wszystkimi wymienionymi pacjentami. Wszyscy oni wezwani zostali na przesłuchanie w obecności władz i prawników szpitala, podczas których tylko jeden z nich odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Był nim 31-letni Charles Cullen, pielęgniarz z czteroletnim stażem, dla którego szpital Św. Barnaby był pierwszym miejscem pracy w służbie zdrowia. Jego arogancja podczas przesłuchań skłoniła władze do podejrzeń, że to właśnie on stoi za sprawą zatruć pacjentów.

– Wiem, że to Ty coś dodajesz do kroplówek – powiedział mu ówczesny szef bezpieczeństwa szpitala Thomas Arnold, mężczyzna z wieloletnim doświadczeniem jako były policjant.
Niczego mi nie możesz udowodnić – odparł Cullen.

I miał rację, władzom szpitala brakowało jakichkolwiek dowodów, aby móc oskarżyć Charlesa Cullena, a z obawy przed pozwem i ogromnym odszkodowaniem placówka nie zdecydowała się na rozwiązanie z nim umowy. W ciągu kolejnych miesięcy administracja szpitala próbowała wielu sztuczek, które pozwoliłyby jej na zdemaskowanie podejrzanego mężczyzny, włącznie z wprowadzeniem nowych procedur rejestracji leków, czy zamontowaniem kamer w magazynie medykamentów. Mimo podjętych trudów przypadki zatrucia insuliną wciąż pojawiały się na oddziałach. Taka sytuacja trwała do października 1991 r., gdy pielęgniarz sam zrezygnował z pracy w szpitalu, a tajemnicze zawirowania z obniżonym poziomem cukru u pacjentów ustały. Dla szpitala problem rozwiązał się sam i pozwolił placówce uniknąć niepotrzebnego rozgłosu. Tym samym sprawa nigdy nie została zgłoszona policji, a wszelkie próby otrucia pacjentów, zostały zakwalifikowane jako „incydenty medyczne”.

Dwa lata później, 1 września 1993 w szpitalu Warren, starsza kobieta o nazwisku Helen Dean przechodziła rekonwalescencję po wycięciu nowotworu piersi. Stale towarzyszył jej syn Larry, który podczas pobytu matki w placówce nie odstępował jej nawet na krok. Operacja Helen się udała, kobieta odzyskiwała siły i na drugi dzień miała opuścić jego mury.
Siedzący przy łóżku Larry poczuł się zaniepokojony, gdy do pokoju wszedł nieznany mu pielęgniarz. Larry`emu wydawało się, że podczas codziennych odwiedzin zdążył poznać już wszystkich lekarzy i pielęgniarzy, a jednak tego mężczyznę widział pierwszy raz na oczy.
proszę wyjść z pokoju – usłyszał beznamiętny ton nieznajomego i opuścił pomieszczenie.
Gdy po dziesięciu minutach syn pacjentki wrócił do sali chorych, jego matka wyglądała na wściekłą.

Ten pielęgniarz ukłuł mnie czymś – rzuciła do niego i pokazała mu ślad na wewnętrznej stronie uda.

Larry zareagował od razu, wzywając lekarza. Ten przyglądając się ranie stwierdził, że to najprawdopodobniej efekt ukąszenia jakiegoś owada. Do następnego poranka nikt już nie podnosił tematu.

Nazajutrz Helen Dean poczuła się źle. Wystąpiła u niej arytmia serca, zmęczenie i nadmierna potliwość. W końcu jej serce się zatrzymało, a akcja ratowania chorej kobiety zakończyła się niepowodzeniem.

Zrozpaczony Larry rozpoczął prywatne śledztwo. W pierwszej kolejności skontaktował się z onkologiem swojej matki, który potwierdził, że w danym dniu kobieta nie miała zaplanowanych żadnych zastrzyków. Następnie, zgodnie z przysługującym mu prawem wypełnił wniosek o przeprowadzenie sekcji zwłok zmarłej kobiety. We współpracy z władzami szpitala zidentyfikował tajemniczego mężczyznę, który rzekomo podał jego matce tajemniczy środek, wreszcie o całym wydarzeniu powiadomił prokuraturę hrabstwa Warren, oskarżając o morderstwo szpitalnego pielęgniarza – Charlesa Cullena.

Kolejne tygodnie Cullen spędził na przesłuchaniach, swoje śledztwa przeprowadzały zarówno administracja szpitala, jak i prokuratorzy. Cullen stale zapewniał o swojej niewinności, mało tego, pomyślnie przeszedł test poligrafem (więcej o badaniach wariograficznych dowiesz się tutaj). Śledztwo ustało w miejscu, zwłaszcza, że nadeszły wyniki badań toksykologicznych zleconych podczas autopsji Helen Dean. Jej tkanki poddano próbie na obecność blisko 100 różnych substancji medycznych i na każdą z nich wynik był negatywny. Śmierć kobiety uznano za naturalną, a Cullen został wysłany na nieokreślony terminowo płatny urlop ze skutkiem natychmiastowym. Znów mu się udało. A wszystko za sprawą digoksyny, leku na serce, którego nie wzięto pod uwagę w badaniach toksykologicznych podczas sekcji zwłok. Właśnie ten medykament Cullen wstrzyknął w ciało Helen Dean.

Te dwie przedstawione sytuacje stanowią jedynie niewielki fragment historii Charlesa Cullena, który w ciągu 16 lat pracując w dziesięciu szpitalach na terenie stanów New Jersey oraz Pensylwanii, zamordował od 30 do 40 pacjentów. Do tylu się przyznał, choć nieoficjalnie śledczy sugerują liczbę nawet dziesięciokrotnie wyższą. To dałoby Cullenowi niechlubne miano największego mordercy w historii Stanów Zjednoczonych.

W czasie swojej szpitalnej kariery Charles Cullen był przedmiotem wielu skarg i odwołań, skupiono wokół niego cztery śledztwa policyjne. Przeszedł pozytywnie dwa testy wariograficzne oraz kilka pobytów w szpitalach psychiatrycznych. Historia Charlesa Cullena to opis jego oszustw, paranoi, uzależnień oraz blisko dwudziestu prób samobójczych. Jest to także opowieść o błędach systemu, zmowie milczenia instytucji szpitalnych i mechanizmie zamiatania spraw pod dywan. Bo gdyby choć jeden ze szpitali zatrudniających Cullena zachował się prawidłowo, większości jego zbrodni można byłoby uniknąć.

DZIECIŃSTWO, MARYNARKA WOJENNA I RODZINA

Charles Edmund Cullen urodził się 22 lutego 1960 r. jako najmłodsze z ośmiorga dzieci Edmunda i Florence Cullenów. Jego rodzice poznali się w trakcie drugiej wojny światowej, podczas której ojciec Charlesa stacjonował w Europie. Zakochał się bez pamięci w irlandzkiej dziewczynie, którą następnie sprowadził do Stanów Zjednoczonych. Młodzieńczych lat Charlesa Cullena z pewnością nie można uznać za szczęśliwe. Nie pamiętał swojego taty, gdyż ten zmarł zaledwie siedem miesięcy po jego urodzeniu, a cały ciężar wychowania ósemki dzieci spadł na matkę. Mimo ogromnych starań oraz głęboko zakorzenionych przekonań katolickich kobiecie nie udało się unieść tego ciężaru. Starsi bracia Charlesa pogrążyli się w narkotykowych uzależnieniach, a siostry sprowadzały do domu coraz to bardziej podejrzanych mężczyzn. Jeden z nich zamieszkał w domu na stałe, codziennie wyładowywał swoją frustrację bijąc ciężarną siostrę Charlesa. Obrywało się także samemu Cullenowi i być może właśnie wtedy ujawniły się jego zabójcze instynkty, kiedy to z pomocą przelanej do drinka benzyny próbował pozbyć się tyrana.

Rodzinny dom dla Charlesa szybko stał się obcym miejscem, pełnym awantur i dziwnych gości. Jedynie bliska obecność matki dawała mu względne poczucie bezpieczeństwa.

Charles był bystrym dzieckiem, ale równocześnie niezdarnym. Był chudy, nieśmiały, sprawiał wrażenie osoby zagubionej. Fakt ten skrzętnie wykorzystywali jego szkolni rówieśnicy, którzy uczynili z niego obiekt żartów i pośmiewisk.

W wieku 17 lat, gdy Cullen uczęszczał do ostatniej klasy liceum West Orange spotkał go cios, który zmienił całe jego życie. Jego matka podczas jazdy samochodem doznała ataku epilepsji i zginęła na miejscu zderzając się czołowo z innym pojazdem. Informację o wypadku Cullen odebrał telefonicznie, ale nikt go nie poinformował o śmierci kobiety. O tym fakcie dowiedział się dopiero po przybyciu do szpitala. Było to dla niego traumatyczne przeżycie, którego nigdy nie zapomniał, a co gorsza nigdy nie wybaczył. Miał żal do placówki, że od razu nie poinformowano go o śmierci kobiety.

Charles na wiadomość o śmierci matki zareagował dokładnie tak samo jak czynił to wielokrotnie później w obliczu zagrożenia, czyli podjął nieskuteczną próbę samobójczą, na skutek czego pierwszy raz trafił do zakładu psychiatrycznego. Po powrocie porzucił liceum i wstąpił do marynarki wojennej.

Cullen, który zawsze miał zamiłowanie do procedur, dyscypliny oraz munduru, do armii wstąpił w 1978 r. i służył w niej przez kolejne sześć lat. W początkowym okresie służby wspinał się po szczeblach wojskowej kariery, dochodząc w końcu do stopnia podoficera, obsługującego strategicznie ważne pociski typu „Posejdon” na łodzi podwodnej.

W tym samym czasie jego zdrowie psychiczne uległo pogorszeniu, a współtowarzysze raz po raz zgłaszali przełożonym kolejne doniesienia o jego dziwnym zachowaniu. Szybko został odrzucony przez członków załogi, także tych niższych stopniem, którzy notorycznie się z niego naśmiewali. Podczas kilkutygodniowych zanurzeń na Atlantyku Cullen przeżywał prawdziwe piekło, spowodowane szykanami ze strony pozostałych mężczyzn.

W 1980 r. Cullen zakończył karierę na okręcie podwodnym i przeniesiony został na statek zaopatrzeniowy. Przyczynkiem do tego była sytuacja, gdy przyłapano go, siedzącego za sterami okrętu ubranego jedynie w szpitalny fartuch, rękawiczki i maskę. Warty odnotowania jest fakt, że nieliczne osoby, które miały kontakt z Charlesem podczas jego służby na okręcie podwodnym wspominały, że jego marzeniem była praca w służbie zdrowia i chęć pomagania innym.

Przeniesienie do jednostki zaopatrzeniowej nie pomogło Cullenowi odnaleźć spokoju, często podejmował próby samobójcze. W konsekwencji po czterech latach został zwolniony ze służby z powodu niestabilnego zachowania.

Kilka miesięcy po wydaleniu z marynarki wojennej Cullen przystąpił do realizacji marzeń o pracy w szpitalu. Zapisał się na trzyletni kurs pielęgniarski, gdzie jako jedyny mężczyzna szybko stał się gwiazdą. Do tego stopnia, że niemalże jednogłośnie wybrano go starostą roku. Cullen czuł, że wreszcie role się odwracają.

Aby opłacić czesne Cullen imał się rożnych zajęć, a jednym z nich była praca w piekarni, w której zajmował się czyszczeniem podłóg i pakowaniem pączków do kartonów. Tam też poznał Adrienne Taub, kobietę, która w przyszłości została jego żoną i urodziła mu dwójkę dzieci. Urzekł ją swoimi ambicjami i pracowitością. Dodatkowo był niezwykle miły, szarmancki, zaskakiwał ją prezentami, odgrywał rolę idealnego mężczyzny, który zapewni jej bezpieczeństwo. Dla silnej kobiety, zajmującej się programowaniem komputerowym – ambitny Cullen jawił się jako książę z bajki.

Para pobrała się w 1987 r., dokładnie w tym samym czasie kiedy Cullen zakończył szkolenie na studium pielęgniarskim. Niedługo potem otrzymał pierwszą posadę w szpitalu, a żeby stawić się punktualnie w pracy, skrócił o jeden dzień miesiąc miodowy. Oboje zamieszkali na przedmieściach Phillipsburga w Pensylwanii.

Sielankowe życie zaczęło się psuć dosyć szybko. Niemal od razu po ślubie Cullen stracił zainteresowanie kobietą, unikał kontaktu, para często sypiała w oddzielnych pokojach. Adrienne czuła jak jej mąż się oddala, choć początkowo tłumaczyła sobie, że to jego sposób na odreagowanie stresów w pracy, gdyż pierwszym miejscem był oddział poparzeń w szpitalu Świętego Barnaby w New Jersey, gdzie cierpienie i śmierć pacjentów były codziennością.

Nieodzowną częścią życia Cullena był alkohol. W nałóg popadł jeszcze w wojsku, gdzie podczas wielotygodniowych misji w pełnym zanurzeniu, aby znieczulić się przed szykanami spożywał nawet Listerine – płyn do płukania ust. Zaraz po wprowadzeniu się do nowego domu w Phillipsburgu, urządził sobie kącik alkoholowy w piwnicy, do której wymykał się przy każdej okazji. Na samotnym piciu spędzał wszystkie wolne chwile, podczas gdy nieświadoma problemu żona, źródła jego izolacji doszukiwała się w sytuacji zawodowej.

Taki właśnie był Charlie, gdy coś zdobywał, szybko się nudził, a wszystko co robił było efektem jego kłamstw i manipulacji. Podczas okresu narzeczeństwa i wczesnego małżeństwa zawsze odmawiał picia w towarzystwie Adrienne, powtarzając, że alkohol kojarzy mu się ze złym dzieciństwem.

Zanim małżeństwo rozpadło się w 1993 r., para doczekała się dwóch córek i z całą pewnością nie można powiedzieć, że Charles był dobrym ojcem. Głównie dlatego, że po początkowej fazie zachwytu zaczynał tracić zainteresowanie swoimi dziećmi. Informacje o tym zawarte są w pozwie rozwodowym.

Dowiadujemy się z niego także o przemocy psychicznej, którą stosował wobec najbliższych oraz o agresji wobec ich psa. Pewnej nocy Adrienne zbudził skowyt pupila dobiegający z piwnicy. Charles wytłumaczył jej, że akurat go tresuje, choć według niej dźwięki stanowczo przeczyły temu. Innym razem gdy kobieta wróciła z pracy zauważyła brak zwierzęcia, a gdy zaczęła się dopytywać męża co się stało, ten kompletnie niezainteresowany tematem stwierdził, że uciekł, podczas spaceru. Odpowiedź Charlesa zaniepokoiła Adrienne. Tego dnia mężczyzna miał sprawować opiekę nad córką, tymczasem zostawił ją śpiącą w salonie i wyszedł z domu. Kobieta odnalazła zwierzaka kilka przecznic od domu.

Według kolejnych doniesień Cullen przetrzymywał psa w torbie na kule od kręgli oraz przywiązywał na łańcuchu przed domem podczas ekstremalnych warunków pogodowych. W związku z tym ostatnim wydarzeniem, zainterweniował sąsiad Cullena, który powiadomił Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt i pies zostały uratowany. Sam Cullen trafił do rejestrów innych organizacji jako osoba znęcająca się nad zwierzętami.

Pozew rozwodowy Cullen otrzymał podczas dyżuru w szpitalu, z rąk prawnika reprezentującego Adrienne. Było to dla niego zarówno zaskoczenie, jak i zniewaga. Najbardziej uderzył w niego powód wniosku – skrajne okrucieństwo. Mimo, że Adrienne złożyła papiery rozwodowe, para wciąż mieszkała razem. W tym samym roku kobieta jeszcze dwukrotnie złożyła skargi na przemoc ze strony Cullena, argumentując, że stan psychiczny mężczyzny oraz fakt, że ma dostęp do leków podczas pracy w szpitalu stwarzają zagrożenie dla życia jej i ich córek.

Zarówno na rozwód, jak i skargi Cullen zareagował w jedyny mu znany sposób – kolejnymi próbami samobójczymi, które zawsze były dla niego próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nauczył się tego w wieku 9 lat gdy wypił miksturę sporządzoną z dostępnych w domu chemikaliów. Zawsze robił to w podobny sposób – najczęściej połykał niegroźne dla życia lekarstwa, a następnie wykonywał telefon do szpitala lub kogoś znajomego. Z tego powodu czterokrotnie był kierowany na leczenie psychiatryczne.

Charles Cullen podczas procesu. thecrimes.pl

Charles Cullen podczas procesu. Źródło: link

ANIOŁ ŚMIERCI

Rok 1987 był dla Cullena przełomowy, ukończył studia pielęgniarskie, wszedł w związek małżeński oraz co było dla niego najważniejsze rozpoczął nowy etap w życiu zawodowym, zaczynając pracę w szpitalu Św. Barnaby w New Jersey, w tym samym do którego niegdyś miał ogromny żal, za niepoinformowanie go o śmierci jego matki. Czy miało to wpływ na jego zbrodnicze dokonania? A może przerosła go rzeczywistość, którą zastał na oddziale oparzeń? Faktem jest, że jako świeżo upieczony absolwent szkoły pielęgniarskiej trafił najgorzej jak tylko mógł.

Pacjentami oddziału były dzieci, starcy, mężczyźni i kobiety w różnym wieku. Tym co ich łączyło był ból, cierpienie, doszczętnie spalone fragmenty ciał. Dla wielu z nich pobyt na oddziale był jedynie przystankiem na drodze do śmierci, a chwilowe ukojenie w agonii dawały jedynie potężne dawki morfiny. Jęki i krzyki pacjentów były dla pracowników codziennością, a wśród personelu panowała ogromna rotacja, gdyż niewielu z nich było w stanie uporać się psychicznie z przydzielonymi zadaniami. Sam Charles Cullen zaczynał od zeskrobywania spalonych fragmentów skóry i czyszczenia ran oparzeniowych.

W niedługim czasie, po rozpoczęciu pracy rozpoczęły się problemy małżeńskie państwa Cullen, choć w obliczu trudnych obowiązków Charlesa nietrudno zrozumieć postawę Adrienne, która sądziła, że „emocjonalna nieobecność” męża jest wynikiem jego tragicznych doświadczeń. Sytuację na chwilę poprawiły narodziny pierwszego dziecka pary – Charles wyraźnie odżył, na nowo odzyskał zainteresowanie rodziną, przestał wieczorami wymykać się do piwnicy. Trwało to jednak krótko, Charles szybko się znudził rolą przykładnego ojca.

Brak chęci opieki nad dzieckiem, nieodpowiedzialne zachowanie, znęcanie się nad psem… To był tylko początek jego dziwnych zachowań. Gdy kobieta pewnego dnia wcześniej wróciła z pracy zauważyła w kuchni zdjęcia córki wykonane w przedszkolu. Były to fotografie grupowe, a twarze wszystkich innych dzieci zostały z nich wycięte i porozrzucane na blacie kuchennym.

Gdy innym razem zrozpaczona sąsiadka państwa Cullenów zapukała do drzwi informując, że jej ukochany pies został otruty i odnaleziony kilka przecznic dalej, Adrienne podświadomie przeczuwała, że to sprawka Charlesa.

Nigdy nie dowiemy się, ile osób zamordował Charles Cullen podczas pobytu w szpitalu Św. Barnaby. W trakcie późniejszych przesłuchań przyznał się do jedenastu zabójstw, choć równocześnie twierdził, że śmiertelne mikstury podawał pacjentom trzy razy w tygodniu. Ostatecznie śledztwo znalazło dowody na jedno morderstwo, ofiarą był emerytowany sędzia John W. Yengo Sr., który trafił na oddział z powodu poparzenia słonecznego. 11 czerwca 1988 r. Charles Cullen podał mu śmiertelną dawkę lidokainy, na którą pacjent był uczulony.
Kariera medyczna Charlesa Cullena w szpitalu Św. Barnaby zakończyła się w styczniu 1992 r., blisko rok po tym jak wewnętrzne śledztwo zarzuciło mu manipulację przy woreczkach z kroplówkami Anny Byers oraz innych pacjentów. W październiku 1991 Cullen pod naporem oskarżeń przestał pojawiać się w pracy. Nie groziły mu z tego powodu żadne konsekwencje, gdyż w tym czasie zatrudniony był nie przez szpital, a przez agencję zatrudnienia pielęgniarzy. Oficjalnie zwolniony został po trzech miesiącach.

Niespełna dwa tygodnie później znalazł nowe miejsce pracy, tym razem w Szpitalu Warren. Podczas wypełniania kwestionariusza osobowego, w rubryce „referencje” podał szpital im. Św. Barnaby. Ten w żaden sposób nie ostrzegł nowego pracodawcy przed zaangażowaniem Cullena. Żadnego stanowiska nie zajęła także agencja pracy, która go zatrudniała.

Swoje zwolnienie Cullen także łatwo wytłumaczył żonie, wymyślając historię o strajku pielęgniarzy. Według jego wersji potępił protest stając po stronie pacjentów, co spowodowało, że stał się obiektem ostracyzmu ze strony współpracowników.

LATA 1992 – 1994

W grudniu 1991 r. małżeństwo pielęgniarza doczekało się narodzin drugiej córki. Adrienne odczuwała realną nadzieję na poprawę swojego życia rodzinnego. Charles zaimponował jej sprzeciwiając się strajkowi w szpitalu Św. Barnaby, a szybkie znalezienie nowej pracy utwierdziło ją w przekonaniu, że jest doskonałym fachowcem w swojej dziedzinie. Dodatkowo pozycja w Szpitalu Warren była lepiej płatna, i co najważniejsze położona była bliżej domu państwa Cullen. Mężczyzna po narodzinach kolejnej córki znów stał się niezwykle rodzinnym człowiekiem.

Uczucie względnego szczęścia u Adrienne zgasło niezwykle szybko, Cullen ponownie odsunął się od rodziny, stracił zainteresowanie dziećmi, na całe godziny zaszywał się w swojej piwnicy, gdzie w ukryciu przed żoną zatracał się w alkoholowym nałogu.

Adrienne nie wytrzymała i podczas nieobecności męża dostała się do sekretnego miejsca, w którym odnalazła cały arsenał trunków. Mimo zapewnień Cullena o braku problemu z alkoholem, kobieta miała dość. W listopadzie 1992 r. udała się do prawnika i złożyła wniosek rozwodowy. O jej strachu przed mężem świadczy fakt, że poprosiła adwokata o priorytetowe potraktowanie sprawy, gdyż w styczniu następnego roku miała przejść operację woreczka żółciowego. Szybki rozwód był dla niej gwarancją bezpieczeństwa ze strony Charlesa w czasie jej pobytu w szpitalu.

Cullen czuł się poniżony, gdy w styczniu 1993 r. prawnik jego żony wręczył mu dokumenty rozwodowe na szpitalnym korytarzu. Według niego nie tak powinno się załatwiać sprawy osobiste. Mimo wszystko para doszła do porozumienia odnośnie wspólnego mieszkania. Zdecydowali się zostać razem do momentu, kiedy Charles stanie finansowo na nogi i stać go będzie na wynajęcie innego lokum.

Porozumienie małżonków trwało kilka dni, do czasu gdy Charles się upił i zaczął zachowywać się agresywnie wobec swojej rodziny, a następnie groził samobójstwem. Adrienne zadzwoniła po policję, Cullen został zatrzymany, a następnie skierowany na leczenie psychiatryczne. Po czterech tygodniach wyszedł ze szpitala i wyprowadził się z domu.

Charles swoje uczucia przerzucił na Michelle Tominson, pielęgniarkę którą poznał w Szpitalu Warren. Razem zajmowali się pacjentami na oddziale intensywnej terapii, a pomiędzy obojgiem zawiązała się przyjaźń. Udali się nawet na jedną randkę. Ale Michelle mimo początkowej fascynacji Charlesem, wkrótce zaczęła go unikać. Przerażała ją jego zaborczość i natarczywość. Potrafił dzwonić do niej kilka razy w ciągu dnia, codziennie na biurku zostawiał jej prezenty.

Gdy mężczyzna nieoczekiwanie wyznał jej miłość i zaproponował małżeństwo, przestała odbierać do niego połączenia, a on w swojej pokrętnej logice nie był w stanie zrozumieć powodów tej sytuacji. Pewnego dnia, gdy bezskutecznie czekał na telefon od kobiety wyobraził sobie, że dziewczyna mogła popełnić samobójstwo. Pojechał do niej, obserwował jej dom, by po czasie wybić szybę w drzwiach i dostać się do środka. Tam zastał ją śpiącą wraz z dzieckiem w jednym łóżku. Ten widok go uspokoił, więc opuścił mieszkanie. Na drugi dzień przyznał się kobiecie do wtargnięcia do jej domu. Michelle niezwłocznie zawiadomiła policję.

Lokalny posterunek policji szybko skontaktował się z Cullenem i wezwał go na przesłuchanie w tej sprawie. Charles pojechał tam, wcześniej zażywając garść Xanaxu. Gdy tylko opuścił komisariat zadzwonił do szpitala i przyznał się do kolejnej próby samobójczej. Po tym zdarzeniu znów na miesiąc trafił do szpitala psychiatrycznego. W sierpniu 1993 r. Cullen przyznał się przed sądem do nękania Michelle, dostał karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu i zakaz zbliżania się do swojej ofiary. Wcześniej otrzymał także zakaz zbliżania się do Adrienne. Oba wyroki „uczcił” w swoim stylu, podejmując kolejne próby samobójcze.

Problemy psychiczne, pobyty w zakładach psychiatrycznych oraz nękanie koleżanki nie były dla władz szpitala podstawą by zrezygnować z usług pielęgniarza. Koniec jego kariery nastąpił dopiero we wrześniu 1993 r., gdy został podejrzanym o zabójstwo Helen Dean. Po tym zdarzeniu także nie został zwolniony, lecz po namowie zarządu szpitala udał się na płatny urlop.

W tym samym roku Cullen został dwukrotnie poddany badaniom wariograficznym. Pierwszy raz po oskarżeniach żony o przemoc, natomiast drugi podczas śledztwa w sprawie śmierci Helen Dean. Za każdym razem przeszedł test, a wyniki były niewystarczające do interpretacji. Dlaczego? Ówczesne maszyny poligraficzne skupiały się na elektrokardiografii, a Cullen doskonale wiedział jak można manipulować wynikami za pomocą leków takich jak digoksyna, beta-blokery, czy też nitroprusydek sodu.

Pod koniec 1993 r. był już po rozwodzie, a co najważniejsze prowadzone przeciwko niemu śledztwo w sprawie śmierci Helen Dean zostało umorzone. Cullen nigdy nie wrócił do pracy w Warren, a w styczniu 1994 r. bez problemu znalazł nowego pracodawcę, mimo, że w rubryce „poprzednie zatrudnienie” podał adresy poprzednich dwóch szpitali. Jako czas zatrudnienia w Szpitalu Warren wpisał datę „grudzień 1993”, co w sumie było prawdą. Faktu, że od sześciu miesięcy przebywał na przymusowym urlopie z powodu trwającego śledztwa o zabicie pacjenta, nikt nie powiedział głośno. Gdy placówka Hunterdon skontaktowała się z administracją Warren w sprawie referencji Cullena, usłyszano o nim same pozytywne opinie. Jego bezpośredni przełożeni, na pytanie o powód jego rezygnacji z pracy, odpowiedzieli, że były to „problemy osobiste”.

Podczas późniejszych przesłuchań Cullen przyznał się do dwóch kolejnych zabójstw w Szpitalu Warren. Dokonał ich poprzez podanie zwiększonych dawek digoksyny. Pierwszą pacjentkę zabił w marcu 1993 r., niedługo po powrocie z zakładu psychiatrycznego, do którego trafił po oskarżeniach byłej żony o przemoc. Faktyczna lista zgonów spowodowanych przez Cullena w tym czasie nigdy nie została ustalona, ponieważ kartoteki pacjentów zniszczono.

KOLEJNE LATA

Charles Cullen w szpitalu Hunterdon spędził trzy lata i z pewnością jest to najbardziej zmienny czas w jego życiu zawodowym. Przez pierwsze dwa lata pracy był wzorowym pielęgniarzem, pełnym radości, otwartym do pacjentów, zbierającym wiele pochwał i nagród. Przełożeni widzieli w nim bystrego, niezwykle empatycznego i pełnego zaangażowania faceta.

W trzecim roku zatrudnienia, od listopada 1995 r. Cullen w niczym nie przypominał siebie z początkowego okresu pracy. Zmienił stosunek do chorych, stał się opryskliwy, otaczał niewłaściwą opieką, wręcz się nad nimi znęcał. Dla przykładu po każdej kąpieli pacjenta zużywał nadmierną ilość balsamu, przez co jego podopieczni, zdaniem innych pielęgniarek „wyglądali jak plama tłuszczu”. Jednego z nich pozostawił w pokoju zaśmieconym zakrwawionymi ściereczkami, pustymi opakowaniami po lekach, nagiego, odłączonego od aparatury, wpatrującego się beznamiętnie w sufit.

Na domiar złego liczba błędów, jakie popełniał wzrastała proporcjonalnie do jego pewności siebie na oddziale. Wyglądało to tak, jakby Charles przeistoczył się w lekarza: samowolnie kierował pacjentów na badania, podawał im leki, których nie przepisał żaden z lekarzy, a jednocześnie tych decyzji nie odnotowywał na kartach medycznych.

Z początkiem 1996 r. władze szpitala zaczęły dostrzegać podejrzane zgony, które mogły być skutkiem błędów lekarskich. Fakt ten nie został zgłoszony żadnej instytucji, aczkolwiek nad Cullenem, który sprawował opiekę nad tymi osobami, zaczęły zbierać się czarne chmury. Oczywiście nikt nie mógł przypuszczać, że tajemnicze śmierci mogą być skutkiem umyślnego działania, nie przeprowadzono też żadnych dodatkowych badań zmarłych pacjentów.

Dziesięć dni po śmierci 81-letniego Jesse Eichlina, Cullen został wezwany na dywanik, gdzie postawiono mu ultimatum: jeszcze jedno niewłaściwe zachowanie, jeden błąd, a pożegna się z posadą w Hunterdon.

Charles kolejny raz poczuł się dotknięty opinią innych. Od razu po powrocie do domu napisał rezygnację z pracy, którą wysłał pocztą. Władze szpitala przyjęły ją z ulgą.

Podczas późniejszych przesłuchań przyznał się do zabicia digoksyną pięciu pacjentów od stycznia do lipca 1996 r. Z całą stanowczością twierdził natomiast, że w latach 1994-1995 nie zabił nikogo, co w trakcie śledztwa ciężko było ustalić z racji zniszczenia kartotek chorych.

W październiku 1996 r. Charles Cullen był już pracownikiem szpitala Morristown, placówki o podwyższonym standardzie. Przed zatrudnieniem szpital przeprowadził dokładny wywiad odnośnie referencji, kontaktując się z jego poprzednimi pracodawcami, według których Charles był idealnym fachowcem, gotowym zasilić szeregi personelu kardiologicznego.

Ale Szpital Morristown od samego początku współpracy nie był zadowolony z usług Cullena. Nowy pielęgniarz okazał się człowiekiem trudnym, pretensjonalnym, ale przede wszystkim mało wykwalifikowanym. Był niemiły dla chorych, w ich pokojach pozostawiał brud i bałagan, obchodził się z nimi w nieostrożny sposób. Pojawiły się na niego skargi ze strony pacjentów, a jeden z nich chciał nawet wezwać policję i oskarżyć pielęgniarza o złe traktowanie.

Władze szpitala udzielały mu upomnień, lecz w żaden sposób nie oddziaływało to na Cullena. Miarka się przebrała w sierpniu 1997 r., gdy Charles nie podał pacjentowi – który nazajutrz miał zaplanowaną operację serca – heparyny, przez co chory zmarł. Po tym wydarzeniu szpital rozwiązał z nim umowę o pracę, argumentując to jego słabymi wynikami w pracy.

Cullen znów poczuł gniew do otaczającego go świata, przez pewien czas wysyłał pisma do szpitala nie zgadzając się z decyzją władz. Wreszcie w październiku odcięty od napływu gotówki postanowił znów zwrócić na siebie uwagę. Dokonał kolejnej próby samobójczej, zadzwonił do najbliższego szpitala. Jakiś czas później kolejny raz trafił do dobrze znanego mu zakładu psychiatrycznego.

PENSYLWANIA

Kilka miesięcy bez stałego zatrudnienia wprowadziło Cullena w poważne kłopoty finansowe. Zdając sobie sprawę, że w stanie New Jersey ma nikłe szanse na znalezienie nowego pracodawcy, zwrócił się w stronę nieodległej Pensylwanii. Granica pomiędzy stanami położona była tak blisko jego domu, że Cullen nie musiał się nawet przeprowadzać.

Stan Pensylwania wymagał od niego wyrobienia nowej licencji do prawa wykonywania zawodu, lecz w zamian pozwalał mu na rozpoczęcie pracy z czystą kartą. Po dopełnieniu wszelkich formalności, w dniu 10 lutego 1998 r. mógł spokojnie objąć posadę pielęgniarza w Centrum Opieki Pielęgniarskiej i Rehabilitacji w Allentown. Nowy pracodawca sprawdził referencje Cullena u jego byłych zleceniodawców, a na podstawie zebranych informacji upewnił się, że pielęgniarz będzie doskonałą inwestycją.

Z końcem kwietnia 1998 r. do placówki trafił 83-letni Francis Henry, którego kłopoty ze zdrowiem zaczęły się od wypadku samochodowego, w wyniku którego złamał kręgosłup. W nocy z 5 na 6 maja jego stan znacznie się pogorszył, a objawów które wykazywał, w żaden sposób nie można było powiązać z powodem, dla którego pierwotnie znalazł się w centrum opieki. Badania toksykologiczne wykazały u pacjenta znaczne podwyższenie insuliny i mimo otrzymanej pomocy Francis Henry po dwóch tygodniach zmarł.

Insulina nie była przepisana pacjentowi przez żadnego lekarza, a jej użycie nie zostało odnotowane karcie pacjenta. I choć było to niezwykłe i podejrzane, to ośrodek potraktował incydent jako błąd, za który posadą zapłaciła jedna z pielęgniarek – Kimberly Pepe, która w feralną noc sprawowała opiekę nad Francisem Henrym. Została zwolniona, mimo iż zapewniała o swojej niewinności. Mało tego, wskazywała na inną osobę, która w tym samym czasie razem z nią pełniła dyżur na oddziale. Tą osobą był Charles Cullen.

Zwolnienie pielęgniarki rozwiązało problem szpitala, którego władze nie zgłosiły tego incydentu policji oraz żadnej innej instytucji. Sam Cullen w ośrodku przepracował jeszcze pięć miesięcy, a w międzyczasie został przeniesiony na oddział psychiatryczny, gdzie widziany był przez innych pracowników jak dostarczał pacjentom w strzykawkach leki, które nie zostały im zalecone. Innemu choremu natomiast podczas próby iniekcji złamał nadgarstek. W końcu, w październiku 1998 r. został zwolniony za „nieprzestrzeganie wewnętrznych procedur medycznych i aplikowanie pacjentom medykamentów w godzinach do tego nieprzeznaczonych”. Tego ośrodek również nikomu nie zgłosił, a dwa dni po otrzymaniu zwolnienia Charles Cullen rozpoczął pracę w kolejnym szpitalu.

Cullen nigdy nie poniósł odpowiedzialności za śmierć Francisa Henrego. Czas od podania insuliny do zgonu był zbyt długi, by w jakikolwiek sposób powiązać pielęgniarza z morderstwem.

Do Szpitala Easton dołączył w listopadzie 1998 r. i przepracował w nim kolejne pięć miesięcy.

78-letni Ottomar Schramm trafił na oddział szpitalny pod koniec grudnia, uskarżając się na nadciśnienie i problemy z krążeniem. Zarówno przed, jak i w trakcie hospitalizacji przyjmował łącznie 15 różnych medykamentów, a opiekę nad nim sprawowała córka, która każdego dnia odwiedzała go w szpitalu.

Kobieta przeżyła szok, gdy trzeciego dnia pobytu jej ojca w placówce odebrała telefon od wieloletniego lekarza pana Schramma, który powiadomił ją o jego śmierci. Dr Silberman nie był pracownikiem szpitala, niemniej posiadał pełną wiedzę na temat przebiegu leczenia jej ojca. Co więcej przekazał jej informację, że ostatnie badania krwi pacjenta wykazały w niej niezwykle wysoki poziom digoksyny. Było to o tyle zastanawiające, że Ottomar Schramm posiadał rozrusznik serca, więc podanie mu tego leku było zakazane. Co więcej – o fakcie, że pacjent otrzymał digoksynę nie było żadnej wzmianki w kartotece medycznej. Dr Silberman poinstruował kobietę, aby wymogła na szpitalu przeprowadzenie sekcji zwłok swojego ojca.

Gdy przyjechała do szpitala natknęła się na Charlesa Cullena, którego kojarzyła, jako pielęgniarza, który robił zastrzyki jej ojcu. Na informację, że kobieta domaga się autopsji, pielęgniarz wpadł w furię. Przypomniał jej nawet oświadczenie pana Schramma, w którym nie wyrażał zgody na sztuczne podtrzymywanie swojego życia. „Czy sekcja zwłok nie będzie bardziej inwazyjna niż podłączenie go do maszyny?” – pytał retorycznie Cullen.

Kobieta w końcu dopięła swego, sekcja zwłok została zlecona, a sprawą zajął się miejscowy koroner. Niestety, niechęć szpitala do jakiejkolwiek współpracy spowodowała, że sprawa nigdy nie trafiła do prokuratury. Koroner hrabstwa czekał kilka miesięcy na wyniki badań toksykologicznych, a córka pana Schramma nie była w stanie podać nazwiska mężczyzny, który podawał zastrzyki jej ojcu. W spisie pracujących pielęgniarzy, który koroner otrzymał od szpitala, nie było nazwiska Charlesa Cullena, dlatego, że w tym czasie był on zatrudniony przez zewnętrzną agencję pracy. Tak więc przez wszystkie miesiące pracy nad sprawą nawet nie poznano jego personaliów.

W marcu 1999 r. Charles Cullen pracował już na oddziale oparzeń szpitala Lenigh Valley, i choć był tam zatrudniony jako pielęgniarz z ogromnym doświadczeniem, to nie czuł się dobrze. Hermetyczne środowisko nie zaakceptowało go, współpracownicy traktowali go jak świeżaka, do którego nie mieli zaufania.

Przez kolejne 13 miesięcy, do kwietnia 2000 r. Cullen – jak sam zeznał po latach – zabił czterech pacjentów. Ostatecznie udowodniono mu tylko jedno morderstwo z tego czasu – 22-letniego Matthew Matterna, który trafił do szpitala w wyniku wypadku samochodowego. Jego ciało w 70% było spalone, a lekarze ratując go, co chwila podejmowali decyzje o kolejnych amputacjach martwych kończyn. Szanse na przeżycie pacjenta były praktycznie zerowe. W dniu 31 sierpnia 1999 r. Cullen podał mu śmiertelną dawkę digoksyny, jak sam wspominał podczas śledztwa, robiąc to z litości.

Mordercze działania Cullena nigdy nie zostały dostrzeżone przez władze placówki, a Charles jedyny raz w swojej 16-letniej karierze nie odszedł w atmosferze skandalu, wywołanego podejrzeniami o niewłaściwe zajmowanie się pacjentami. Odszedł z własnej woli, niezadowolony z panującej w pracy atmosfery. Zaraz potem znalazł zatrudnienie w Szpitalu Św. Łukasza w Betlejem, w stanie Pensylwania.

SZPITAL ŚWIĘTEGO ŁUKASZA W BETLEJEM

Nowe miejsce pracy było dla Cullena spełnieniem marzeń. Placówka o podwyższonym standardzie, według rankingów obecna na liście stu najlepszych szpitali w całym kraju. Charles trafił na oddział kardiologiczny w czerwcu 2000 r. i przepracował na nim kolejne dwa lata.

Nowy pielęgniarz z początku dał się poznać jako niezwykle zaangażowany człowiek, może trochę dziwny, ale też lubiany przez pozostałych współpracowników. Byli oni świadkami heroicznej walki Cullena o życie każdego pacjenta. Gdy nadchodził alarm sugerujący problemy z krążeniem któregoś z nich, Charles jako pierwszy wbiegał do sali, rzucał się na klatkę piersiową pacjenta i dokonywał reanimacji, do momentu podłączenia aparatury medycznej. Natomiast wolny czas podczas nocnych zmian wykorzystywał na podmienianie krzeseł w pokojach pielęgniarzy i podkładanie współpracownikom drobnych podarków.

Sytuacja Charlesa diametralnie zmieniła się, gdy jedna z pielęgniarek przypadkowo natknęła się na puste opakowania leków, które znajdowały się w miejscu, w którym nie miały prawa się znajdować, a mianowicie w koszu na ostre przedmioty. Wśród z pozoru niegroźnych leków normujących arytmię serca, znaleziono także puste opakowania po Vecuronium, środku paraliżującym układ nerwowy. Ten lek rzadko jest stosowany i tylko w małych ilościach, dlatego ogromna ilość pustych opakowań zmusiły władze oraz innych pielęgniarzy do działania. Dość szybko okazało się, że sprawcą jest Charles Cullen, który został przyłapany niemalże na gorącym uczynku.

Prawnik szpitala miał przed sobą karty trzech pacjentów, u których laboratoryjne badania wykazały obecność Vecuronium, choć oczywiście w świetle prawa wciąż brakowało dowodów, że to właśnie Cullen odpowiada za podanie im leku. Podczas spotkania z podejrzanym zaproponował mu ugodę. Za rozwiązanie umowy za porozumieniem stron szpital zaproponował mu „neutralne” referencje oraz to, że incydent nie zostanie zapisany w jego aktach. Cullen się zgodził i tego samego dnia, 5 czerwca 2002 r. został wyprowadzony przez ochronę z budynku Szpitala Św. Łukasza.

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Po przyłapaniu Cullena na podrzucaniu opakowań po lekach, osobne śledztwo przeprowadziło osiem pielęgniarek, które z nim współpracowały. Doszły one do szokującego wniosku, że choć Cullen przepracował na oddziale kardiologii jedynie 20% czasu, to w tym czasie zmarło dwie-trzecie pacjentów. Swoimi spostrzeżeniami podzieliły się z prokuraturą, ta natomiast postanowiła się przyjrzeć sprawie. Powołany przez policję medyk sądowy przez kilka miesięcy przeanalizował historie 69 zmarłych pacjentów, lecz w ich kartotekach nie znalazł nic podejrzanego. Tym samym śledztwo zostało umorzone.

Później wykazano, że w przeciągu dwóch lat pracy w szpitalu Św. Łukasza Charles Cullen zabił pięć osób.

Trzy dni po wyprowadzeniu z budynku, Cullen wypełnił kwestionariusz osobowy i rozpoczął pracę w Szpitalu Najświętszego Serca w Pensylwanii. Na szczęście dla pacjentów, przepracował tam jedynie dwa tygodnie. Powodem jego nagłego zwolnienia był bunt pozostałych pielęgniarzy, którzy zapowiedzieli masowe odejście z pracy, jeśli Cullen nie zostanie usunięty ze szpitala. Jeden z pracowników placówki był poprzednio zatrudniony w szpitalu Easton i słyszał plotki o jego zamieszaniu w śmierć Ottomara Schramma.

Charles Cullen. Szpital Somerset. thecrimes.pl

Szpital Somerset, w którym Cullen popełnił większość swoich zbrodni. Źródło: link

OSTATNI PRZYSTANEK

Po czterech latach pracy w szpitalach w Pensylwanii, Cullen był spalony i postanowił wrócić do New Jersey. We wrześniu 2002 r. podjął pracę w Somerset, które okazało się ostatnim przystankiem jego zbrodniczej kariery. Niestety, również najbardziej efektywnym.

Po raz kolejny gdy jego referencje, nikt z poprzednich miejsc zatrudnienia nie zaalarmował nowego pracodawcy Cullena.

Zabójca trafił na oddział intensywnej terapii i przez długi czas nie było z nim żadnych problemów. Współpracownicy kolejny raz określili go jako osobę nieco dziwną w swoim zachowaniu, ale jednocześnie doceniali jego zaangażowanie w pracę. Cullen na zmiany stawiał się punktualnie, żywo interesował się stanem pacjentów, wielokrotnie był widywany gdy monitorował na ekranie komputera ich stan zdrowia, nawet tych do których opieki nie został przydzielony. Absolutnie żaden z jego współpracowników nie mógł podejrzewać, że za tym wzmożonym zainteresowaniem kryje się drugie, mroczne dno. Od lutego do czerwca 2003 r. Cullen zamordował ośmiu pacjentów, podając im rożne mieszanki śmiercionośnych leków. W tym swoją najmłodszą swoją ofiarę, 21-letniego Michaela Strenko, zawodnika licealnej drużyny sportowej, który był świeżo po przeszczepie śledziony.

14 czerwca 2003 r. Cullen wstrzyknął potężną dawkę digoksyny 40-letniej Jin Kyung Han, a poziom leku we krwi przekroczony został ośmiokrotnie. Kobietę cudem odratowano ale, po trzech miesiącach zmarła na raka.

7 czerwca ofiarą Cullena stał się także 68-letni duchowny Florian Gall. Wielebny zmarł nazajutrz, a ostatnie badanie krwi wykazało, że poziom digoksyny przekraczał normy pięciokrotnie.

PACJENT NR 4 – POCZĄTEK KOŃCA

Pacjent nr 4” – tak na potrzeby wewnętrznego śledztwa władze Szpitala Somerset oznaczyły wielebnego Floriana Galla. Był on czwartym pacjentem, u którego zaobserwowano tak znacznie podwyższone wartości digoksyny we krwi. Trzech z nich zmarło, jeden przeżył. W lipcu 2003 r. szpital zwrócił się o pomoc do lokalnej stacji kontroli zatruć, jedyne czego oczekiwali to informacji, czy takie wartości leku u pacjentów mogły być dziełem przypadku.
Macie u siebie mordercę – brzmiała wiadomość zwrotna.

Telekonferencje pomiędzy władzami szpitala, a stacją odbyły się kilkukrotnie. Za każdym razem placówka medyczna była instruowana aby podjęła radykalne działania i poinformowała o całej sprawie organy ścigania. Władze szpitale natomiast, by uniknąć niepotrzebnego rozgłosu i wielomilionowych pozwów o odszkodowania upierały by przeprowadzić swoje wewnętrzne śledztwo. Mijały miesiące, a sprawa nie ruszyła się z miejsca.

Przełom nastąpił w październiku, gdy szef stacji kontroli zatruć poinformował placówkę, że posiada nagrania wszystkich rozmów telefonicznych, i jeśli władze szpitala nie zgłoszą sprawy prokuraturze, on to zrobi. Władze placówki uległy i 3 października zawiadomiły organy ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa. Zakończone także zostało wewnętrzne dochodzenie, którego wniosek brzmiał: „śledztwo nie pozwoliło na zidentyfikowanie źródła zdarzeń”.

Niemniej analiza systemów komputerowych oraz wywiady z pracownikami pozwoliły przypuszczać, że Charles Cullen może być zamieszany w sprawę tajemniczych śmierci. Umywając ręce, szpital w dniu 31 października zwolnił Cullena, jako powód podając oszustwo podczas wypełnienia kwestionariusza osobowego w trakcie naboru do pracy. Do tego czasu jednak Cullen zamordował kolejnych 5 osób, podnosząc bilans ofiar w Szpitalu Somerset do trzynastu.

Mimo prób Cullenowi nie udało się znaleźć kolejnego miejsca pracy. Nie zdążył, aresztowany został dziesięć tygodni później – 14 grudnia 2003 r.

ŚLEDZTWO

Od samego początku śledztwa Szpital Somerset nie był skłonny do współpracy z prokuraturą. Już pierwsze zawiadomienie, które otrzymał Wayne Forrest – prokurator hrabstwa – było dość lakoniczne i dotyczyło podejrzenia tajemniczej śmierci jednego z pacjentów. Do sprawy przydzielonych zostało dwóch detektywów: Timothy Braun oraz Danny Baldwin. Pacjentem był niejaki McKinley Crews, zmarły niedawno w szpitalu. Ale sekcja zwłok, która odbyła się przy obecności detektywów wykazała, że mężczyzna zmarł z przyczyn naturalnych. Gdy zarówno prokurator, jak i dwaj detektywi utwierdzili się w przekonaniu, że zawiadomienie było jedynie fałszywym alarmem, trzy dni później placówka ponownie wezwała śledczych, tym razem na spotkanie, które miało odbyć się w gmachu szpitala.

Gdy Braun i Baldwin przekroczyli próg sali konferencyjnej, od razu pojęli że sprawa jest cięższego kalibru i dotyczy czegoś więcej niż jednej przypadkowej śmierci pacjenta. Prawnik placówki w obecności szpitalnego zarządu wyjaśnił śledczym powód ich wezwania. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy na oddziale intensywnej terapii doszło do sześciu „niewytłumaczalnych incydentów z udziałem pacjentów”, z których pięciu zmarło. U czterech z nich odnotowano nieprawidłowe wartości insuliny, u dwóch digoksyny. Po ostatnim takim „incydencie”, którego ofiarą był McKinley Crews, szpital postanowił powiadomić prokuraturę. Prawnik z Somerset przyznał także, że placówka przez pięć miesięcy prowadziła wewnętrzne śledztwo, które niczego nie wniosło do sprawy. Niemniej obiecał przekazać śledczym wszystkie wnioski i zapiski z ostatnich pięciu miesięcy.

Doświadczeni detektywi nie byli zadowoleni z tego spotkania. Niechęć władz szpitalnych do wyjaśnienia tej sprawy była nad wyraz widoczna. Reprezentujący placówkę prawnicy niechętnie odpowiadali na pytania, przekazywali mało konkretów, nader często używali zwrotów typu „niewytłumaczalny incydent”, „nieprawidłowe wyniki”, „objawy zagrażające życiu”.

Raport z wewnętrznego śledztwa szpitala mieścił się na pięciu stronach i datowany był na 25 lipca 2003 r., co już z samego założenia kłóciło się z tezą o trwającym pięć miesięcy śledztwie. Dodatkowo nie zawierał nic oprócz notatki ze spotkania z jednym z pielęgniarzy pracującym na oddziale – Charlesem Cullenem. W odpowiedzi na liczne pytania śledczych, dotyczących zebranego materiału, władze szpitala oświadczyły, że Cullen był jedną z wielu osób, z którymi przeprowadzono przesłuchania po śmierci wielebnego Floriana Galla. Nigdy nie był o nic podejrzany i wciąż pracuje w szpitalu (stan na 8 października 2003 r., podczas gdy Cullen został zwolniony w dniu 31 października). Raporty z przesłuchań innych pielęgniarzy nigdy nie powstały.

Jednakże detektywom podczas tej skromnej lektury rzuciła się w oczy nazwa „System Pyxis”.

System okazał się komputerową bazą wydawania leków, który imiennie rejestrował każde wydanie medykamentu. Teoretycznie można było sprawdzić w nim, który z pielęgniarzy pobierał podejrzane substancje i podawał je pacjentom, ale według wersji szpitala wcześniejsza analiza systemu nie wykazała żadnych nieprawidłowości. Gdy detektywi postanowili sami przyjrzeć się danym zawartym w systemie, w odpowiedzi usłyszeli, że wszelkie informacje są w nim przechowywane jedynie przez 30 dni.

Pierwszym podejrzanym w sprawie był niejaki Edward Allat, jeden z pielęgniarzy oddziału intensywnej terapii. Jego nazwisko padło podczas nieformalnej rozmowy śledczych z szefową pielęgniarzy, która zasugerowała detektywom bliższe przyjrzenie się temu człowiekowi. Prawdopodobnie kłamała, gdyż już wtedy Cullen był w centrum zainteresowania wewnętrznego śledztwa, a jedynym celem szpitala było ciche pozbycie się go i zamiecenie sprawy pod dywan.

Tim Braun sprawdził Edwarda Allata w policyjnych kartotekach. Był kompletnie czysty, bez żadnego punktu zaczepienia. Potem wymazał jego dane i wpisał kolejne nazwisko: Charles Cullen.

W policyjnym systemie pojawiły się dwa rekordy dotyczące Cullena, pierwszy dotyczył wtargnięcia do domu Michelle Tomlinson, drugi jazdy w stanie nietrzeźwym w Karolinie Południowej. Oba wydarzenia miały miejsce ponad 10 lat wcześniej, niemniej Tim Braun postanowił się im przyjrzeć bliżej. Wykonał telefon do policji w hrabstwie Northampton w Pensylwanii, pod jurysdykcją której znajduje się miejsce, gdzie Cullen wtargnął do mieszkania Michelle. Gdy po zdobyciu niezbędnych informacji kończył rozmowę, w słuchawce usłyszał:
Detektywie, jest coś jeszcze. Jakaś notatka, że jakiś czas temu jego akta trafiły do policji stanowej. Jedno słowo tu jest podkreślone markerem…
Jakie to słowo? – zapytał Tim Braun.
Digoksyna – odpowiedział policjant.

Detektyw, który pierwszy raz usłyszał tę nazwę podczas spotkania z władzami Somerset, nie wierzył w przypadek. Szybko skontaktował się z policją stanową Pensylwanii, gdzie dowiedział się, że sześć lat temu Charles Cullen był podejrzanym w sprawie śmierci pacjenta, u którego podczas sekcji wykryto znacznie podwyższony poziom digoksyny. Miało to miejsce w szpitalu Easton, jednakże z powodu braków dowodów śledztwo zostało umorzone.

Niemniej Tim Braun zdobył to czego chciał. Już wiedział, że winnym śmierci pacjentów w szpitalu Somerset jest Charles Cullen.

Detektywi rozpoczęli najbardziej żmudny etap swojej pracy, której celem było zrekonstruowanie przebiegu kariery medycznej Charlesa Cullena. Już od samego początku okazało się to niezwykle trudnym zadaniem. Śledczy nie mogli oprzeć się przekonaniu, że szpitale, które w swojej przeszłości zatrudniały Charlesa, miały coś do ukrycia. Akta osobowe pielęgniarza ze Św. Barnaby zniknęły. Podobnie, jak ze szpitali Warren oraz Hunterdon. Nieliczne notatki datowane na rok 1991 odnaleziono w jednej z agencji pracy, pośredniczącej w zatrudnieniu Charlesa. Jeden z jego przełożonych wspominał w niej: „Odczuwam głębokie zmartwienie postawą Charlesa wobec popełnienia podwójnego błędu przy podawaniu leków. On całkowicie się tym nie przejmuje, tak samo jak dobrem pacjentów”. Znaczenia tej notatki nikt nie był w stanie wyjaśnić.

Niewiele udało się także wyciągnąć od pozostałych szpitali, które ewidentnie nie zamierzały współpracować z policją. Dla każdego z nich sprawa kończyła się wraz z odejściem Cullena z pracy i dla świętego spokoju żaden z nich więcej nie drążył tematu „dziwnych incydentów” z jego udziałem.

Detektywi szybko przekonali się, że szpitalne administracje to ślepy zaułek, zamknięty w swoich tajemnicach, których nie ma zamiaru nikomu zdradzić. Na szczęście w przeciwieństwie do osób, które miały nieprzyjemność pracować z Cullenem.

Wiele przydatnych informacji przekazały pielęgniarki ze szpitala Św. Łukasza, te same, które przeprowadziły wewnętrzne śledztwo na temat zgonów pacjentów podczas dyżurów Charlesa w 2002 r.. Braun i Baldwin byli w szoku, gdy wrócili do wydarzeń sprzed dwóch lat. Lokalna policja dostała wszystko na tacy, zeznania świadków, podejrzane zgony, karty pacjentów i nazwisko podejrzanego. Mimo to sprawa utknęła w miejscu, a prokurator okręgowy zamknął dochodzenie. Było to pięć miesięcy przed przystąpieniem obu detektywów do pracy.

Reasumując, na tym etapie śledztwa policjanci stali w obliczu niepełnych akt Charlesa Cullena, zmowy milczenia pracowników szpitali, braku dostępu do bazy Pyxis, a także braku jakichkolwiek raportów i dokumentów. Wszelkie dochodzenia policyjne w sprawie jego przeszłości były zamykane, a kilkumiesięczne wewnętrzne śledztwo placówki Somerset, zamknęło się na czterech stronach papieru.

BLIŻEJ PRAWDY

Na zlecenie policjantów, niezależny medyk sądowy przejrzał dokumentacje pacjentów, które wcześniej analizował podczas wewnętrznego dochodzenia szpital Somerset. Jego opinia była o wiele bardziej stanowcza niż jego poprzedników, nie było w niej miejsca na „niewyjaśnione incydenty”. Na siedem przypadków, w czterech zanotował, że przyczyną zgonu była ingerencja człowieka i podanych przez niego medykamentów.

Pomimo, że przed śmiercią Floriana Galla, wykresy wskazywały na mocno podwyższony poziom digoksyny, szpital jego śmierć uznał za naturalną, a przynajmniej tak zapisano w karcie pacjenta. 27 października 2003 r. śledczy podjęli decyzję o ekshumacji ciała i ponownemu poddaniu go badaniom toksykologicznym, które po czasie potwierdziły wszelkie przypuszczenia śledczych.

Cztery dni później Charles Cullen przepracował swoją ostatnią zmianę w Somerset. Po zakończeniu nocnego dyżuru został zwolniony pod pretekstem błędów formalnych, podania niewłaściwych dat zatrudnienia w formularzu osobowym, gdy ubiegał się o pracę w szpitalu. Cullen w tym momencie przepracowywał na swoim stanowisku drugi rok. Nie można oprzeć się przypuszczeniu, że szpital po prostu miał dość zamieszania wokół jego osoby i w ten sposób pozbył się go. Charles nie spodziewał się tego. Kilka miesięcy wcześniej ten sam szpital, wykorzystał jego wizerunek jako szczęśliwego i wzorowego pracownika w ulotkach zachęcających do rekrutacji, które trafiły do tysięcy potencjalnych pielęgniarzy…

PYXIS

Jak? To pytanie spędzało sen z powiek Tima Brauna i Dannego Baldwina. Śledczy wiedzieli, że kluczem do zagadki są wydruki z systemu Pyxis, który według administracji szpitala przechowuje rekordy jedynie przez 30 dni. Dostęp do informacji, jakie leki pobierał Charles Cullen, był kluczowym elementem udowodnienia mu, że jest winny śmierci Floriana Galla.
Tim Braun sięgnął po telefon i błyskawicznie wykręcił numer producenta systemu. Policjant po przedstawieniu się, zapytał konsultanta:
Potrzebuję Twojej pomocy, czy da się w jakiś sposób odzyskać z systemu dane sprzed czterech miesięcy?
Nie do końca rozumiem, w czym masz problem? – odrzekł głos w słuchawce.
Dane w systemie pyxis przechowywane są przez 30 dni, a ja potrzebuję dane sprzed czterech miesięcy! – odpowiedział policjant.
Bzdury, system przechowuje swoje dane od momentu instalacji! – usłyszał Braun…

Nietrudno się dziwić wściekłości śledczych na całą sytuację, systemu kłamstw i utrudnianie śledztwa. Władze Somerset doskonale musiały sobie zdawać sprawę z możliwości systemu Pyxis.

Jednak, gdy Tim Braun otrzymał brakujące dane, sytuacja stała się jeszcze bardziej niejasna. System wykazał, że w dniu śmierci wielebnego Galla, a także w dniach ją poprzedzających, Cullen nie pobierał digoksyny. Zamiast tego, zaobserwowano w jego historii dużą ilość anulacji zapotrzebowania na leki, co doprowadziło do jeszcze większej konsternacji wśród detektywów. Wyglądało to tak jakby Charles wpisywał w systemie zapotrzebowanie w systemie na digoksynę lub insulinę, a następnie je wycofywał. Drugą rzeczą na jaką śledczy zwrócili uwagę, to zbyt częste zapotrzebowanie z jego strony na zwykłą polopirynę.

Na tym etapie śledztwa detektywi jeszcze nie do końca znali działanie Pyxis.

AMY RIDGEWAY

Amy była najbliższą przyjaciółką Cullena w szpitalu Somerset. Pracowali na tym samym oddziale, wspólne zadania zbliżyły ich do siebie, a długie rozmowy na nocnych dyżurach zbudowały niezwykłą więź między nimi. Dodatkowo wzmocniona ona została w sytuacji, gdy chorująca na serce Amy zasłabła podczas jednego z dyżurów. Pierwszym, który zareagował był właśnie Charles Cullen, a gdy kobieta trafiła na oddział kardiologiczny, opiekował się nią. Amy była mu wdzięczna za uratowanie życia, ponadto poznała go jako niezwykle uczynnego, przezabawnego i opiekuńczego człowieka.

Gdy policjanci zawitali do niej w połowie listopada 2003 r. przeżyła szok. Przedstawili jej wszystkie zebrane do tej pory informacje na temat Charlesa, jego burzliwą przeszłość, oskarżenia przeszłych współpracowników oraz dane ze wszelkich szpitalnych systemów. Do tego momentu zawsze stawała po stronie Charlesa, zarówno gdy dowiedziała się o jego niedawnym zwolnieniu, jak i podczas rozmów z personelem szpitalnym odnośnie prowadzonego na terenie placówki śledztwa.

Tym razem musiała skapitulować, przedstawione informacje ewidentnie wskazywały na winę jej przyjaciela. Jedyne, o co poprosili policjanci, to znalezienie odpowiedzi na dręczące ich pytanie. Jaki był mechanizm jego działania?

MODUS OPERANDI

Przed długi czas pracy Charlesa Cullena szpitale nie miały wypracowanego schematu rejestracji zużytych leków, więc morderca miał do nich nieograniczony dostęp. Zatem od roku 1987 mógł swobodnie pobierać na przykład insulinę i wstrzykiwać ją dożylnie pacjentom, bez obawy o to, że zostanie powiązany ze śmiercią pacjentów. Innym razem niepostrzeżenie wzbogacał przepisane chorym mieszanki kroplówek śmiercionośnymi dawkami innych medykamentów. Paradoksalnie fakt, że Cullen wybierał w większości zmiany nocne, co dawało mu swobodę w działaniu, było jego głównym atutem w pracy pielęgniarza. Pracownik tak chętny do podejmowania nocnych dyżurów był na wagę złota.

Jego styl działania zmienił się pod koniec lat 90. gdy szpitalach wprowadzono komputeryzację, która objęła także nadzór nad lekami. Ale dla Charlesa Cullena, który swoją młodość spędził przy systemach sterujących pociskami balistycznymi na łodziach podwodnych, nie była to przeszkoda i szybko nauczył się ją omijać.

Poproszona o pomoc Amy Ridgeway szybko udzieliła śledczym informacji, na które tak długo czekali. Już pierwszego dnia po spotkaniu z detektywami odkryła dwie właściwości systemu Pyxis, które wykorzystywał Charles Cullen.

Przede wszystkim program działał z lekkim opóźnieniem. Wpisanie w nim żądanego leku, a następnie szybkie anulowanie zamówienia powodowało otwarcie odpowiedniej szuflady z medykamentami. Cullen mógł w tym czasie zabrać lek, a gdy szuflada się zamykała automatycznie, pobranie leku w żaden sposób nie zostało rejestrowane. Jedyny pozostały ślad, to anulacja zamówienia, co oczywiście nie mogło zostać przedstawione jako dowód zbrodni.

Gdy w szpitalu Somerset zaczęto podejrzewać Cullena o zabijanie pacjentów, pielęgniarz zmienił sposób pobierania leków. Amy Ridgeway z przerażeniem odkryła, że polopiryna, którą tak często według systemu pobierał, leżała w tej samej szufladzie co digoksyna. Charles najwyraźniej wpisywał zapotrzebowanie na niegroźny środek do zbijania gorączki, a gdy szuflada się otwierała, zabierał z niego lek stosowany przy chorobach serca.

Innym systemem świadczącym na niekorzyść Cullena był program Cerner, monitorujący aktualny stan wszystkich pacjentów na poszczególnych oddziałach szpitalnych. Dostęp do niego miał każdy pielęgniarz, który po zalogowaniu na własne konto, mógł prześledzić wykresy stanu zdrowia chorych. Amy porównała listę tajemniczych zgonów w placówce z datami logowań Cullena. Okazało się, że Charles wielokrotnie przeglądał dane zmarłych pacjentów, mimo że teoretycznie nie był za nich odpowiedzialny. Ilość jego logowań i przeglądań zdecydowanie przewyższało średnią innych pielęgniarzy.

Charles Cullen. thecrimes.pl

Rodziny ofiar Cullena oraz zdjęcia zamordowanych. Trzeci od lewej: Florian Gall. Źródło: link 

KONIEC GRY

Pętla wokół Cullena się zacieśniała, czego nie ukrywał nawet Tim Braun. Pewnego dnia, podczas obserwacji mieszkania podejrzanego, gdy zobaczył Charlesa wynoszącego śmieci zagaił go, robiąc mu wyraźną aluzję, że jest na celowniku śledczych… Kolejnym razem, gdy się spotkamy, będziesz miał na sobie kajdanki – miał mu powiedzieć.

Niemniej zdobyta do tej pory przez detektywów wiedza wciąż była niewystarczająca by oskarżyć Cullena o morderstwo Floriana Galla. Dlatego po przedstawieniu wyników swojego śledztwa, Amy Ridgeway z początkiem grudnia 2003 r. poproszona została przez nich o ostatnią przysługę… Masz z nim świetny kontakt, wymuś na nim przyznanie się do winy – powiedział Tim Braun.

Amy niechętnie zgodziła się na tę „propozycję nie do odrzucenia”. Przez kilka dni nawiązywała telefoniczną relację z Cullenem, by w końcu zaprosić go na kolację w pobliskiej restauracji. Udała się na nią uzbrojona w urządzenia do podsłuchu.

Charles na spotkanie przyszedł przerażony. Na jego stan wpłynęły nie tylko groźby policjanta, ale także fakt, że o temacie dowiedziały się media. Pierwszy o wydarzeniach ze szpitala Somerset napisał New York Times, choć oczywiście nigdzie nie padło nazwisko głównego podejrzanego.

Amy szybko wyczuła stan emocjonalny Charlesa, po krótkim wstępie powiedziała mu:
Charles, jeśli chcesz by to się zakończyło, przyznaj się.
Nie, nie mogę – odpowiedział.
Charles, wiem co zrobiłeś, powiedz jak było naprawdę.
Cullen zaczął się otwierać, mówił o swojej przeszłości, prześladowaniu, historii pracy, o oskarżeniach, lecz ani słowem nie wspominał o zabójstwach.
Charles, to Ci pomoże, jedźmy na komisariat, przyznaj się. Wiem, że ich zabiłeś! – powiedziała
Nie mogę, nie mogę, nie mogę – wciąż odpowiadał Charlie

W pewnym momencie nie wytrzymał, wstał i pośpiesznie udał się do bocznych drzwi restauracji. Wsiadł do swojego starego Forda Escorta, odpalił silnik i ruszył z piskiem opon. Czekający w pobliży policjanci zareagowali błyskawicznie i zatrzymali go kilka przecznic dalej.

Pierwsze przesłuchanie Cullena było bezowocne, zatrzymany nie odezwał się ani słowem, siedział skulony, głośno szlochając i wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki. Śledczy wciąż byli bezradni, na Charlesa nie działały ani krzyki i groźby, ani spokojna rozmowa. Taka sytuacja ciągnęła się godzinami i powoli wymykała się policjantom z rąk. Potrzebowali jego przyznania, czas biegł nieubłaganie, a śledczy nie mogli trzymać Cullena w nieskończoność. Wiedzieli też, że za kilka godzin stawi się prawnik oskarżonego, a ten z kolei z pewnością nakaże swojemu klientowi zachować milczenie.

Przyparci do muru policjanci postanowili jeszcze raz wspomóc się Amy Ridgeway. Po rozmowie z nią Charles się uspokoił i otworzył. Przyznał się do zabójstwa wielebnego Floriana Galla, a także do próby zamordowania Jin Kyung Han w szpitalu Somerset. W trakcie następnych dni opowiadał zszokowanym policjantom o kolejnych zbrodniach. Śledczy nie spodziewali się skali jego morderstw, a Cullen z każdym przesłuchaniem podawał nowe nazwiska ofiar. Łącznie padło ich kilkadziesiąt. Przyznał, że były dni, gdy mordował kilku pacjentów tygodniowo.

Jednakże w swoich relacjach wiele rzeczy pominął. Twierdził, że przez większość czasu funkcjonował, jako osoba uzależniona od alkoholu, a jego wspomnienia są mgliste. W związku z tym umknęły mu całe lata, a szpitale nie chciały snuć domysłów na temat ofiar, których Cullen nie wymienił. Żaden z nich nie chciał otwierać puszki Pandory. Prowadzący śledztwo, do tej pory uważają, że łączna liczba jego zabójstw może sięgać nawet 400 osób.

Zapewne nigdy nie poznamy prawdziwego motywu mordercy, który przez wszystkie lata uparcie twierdził, że zabijał z litości, ponieważ jego ofiary cierpiały katusze zanim podał im śmiertelną dawkę leków. Jak wiemy, wielu z nich było niemal w pełni sił, część z nich przechodziło w szpitalach rekonwalescencje, niektórzy byli tam z powodów niegroźnych dolegliwości lub rutynowych zabiegów.

UGODA I PROCES

Mimo przyznania się do winy, prokuratura potrzebowała dowodów. Cullen podawał konkretne nazwiska, ale jak wiemy wszystkie zgony zostały zakwalifikowane przez personel szpitalny jako naturalne. Zaczął się długi proces rozmów z rodzinami ofiar, powtórnej analizy kart medycznych osób, które w tajemniczy sposób zmarły w ciągu 16-letniej kariery mordercy. Wiele danych zaginęło, ciała większości zmarłych skremowano. Administracje szpitalne pod naporem prokuratury i mediów zaczęły współpracować ze śledczymi, choć do końca pozostanie tajemnicą ile informacji zostało zatajonych. O sprawie szeroko informowały media, rozpoczęły się ekshumacje zwłok. Wszystko zwiastowało,że będzie to jedno z najtrudniejszych i najdroższych śledztw w historii Stanów Zjednoczonych, które swoją drogą mogło nie przynieść żadnych rezultatów. Szansą na szybkie zakończenie sprawy i rozliczenie sprawcy było porozumienie pomiędzy prokuraturą, a oskarżonym.

Dzięki ugodzie z dnia 29 kwietnia 2004 r., Charles Cullen uniknął kary śmierci. Czytamy w niej: „Oskarżony wyraża zgodę na przyznanie się do winy oraz pełną współpracę z prokuratorami Stanów New Jersey oraz Pensylwania. W zamian wyżej wymienione instytucje nie będą wnosić przed sądem o karę śmierci, jednakże obligują się do wnioskowania wobec oskarżonego o karę dożywotniego pozbawienia wolności”.

Ostatecznie został oskarżony o 29 morderstw oraz sześć usiłowań zabójstwa. Pozostałych zbrodni nie udało się mu udowodnić z uwagi na brak dokumentacji medycznych.

Seria procesów Charlesa Cullena rozpoczęła się pod koniec 2005 r. Nie trwały długo, ich głównym bohaterem był sam Cullen, który przed sądem potwierdzał złożone wcześniej zeznania. Wyrok w sprawie morderstw w New Jersey został wydany 2 marca 2006 r.

DAWCA NERKI

To miał być najtrudniejszy dzień w życiu Charlesa Cullena . Nie stresowała go decyzja sądu, której się spodziewał, ale konfrontacja z rodzinami ofiar, których głos przewidziano właśnie na ten dzień. Oskarżony robił wszystko, by tego dnia nie pojawić się w sądzie, próbując wykorzystać do tego każdą okoliczność. W końcu wyciągnął najcięższe działa.

W sierpniu 2005 r. Charles odebrał więzienną pocztę. Jeden z listów pochodził od Michelle Peckham, jego byłej dziewczyny. Zdesperowana kobieta, z którą Cullen tworzył związek jeszcze w latach 80-tych opisała chorobę swojego brata, który rozpaczliwie poszukiwał dawcy nerki. Charles Cullen długo się nie zastanawiał, wykonał odpowiednie testy, a ich wynik potwierdził, że może być dawcą.

Nigdy nie dowiemy się, co wówczas działo się w głowie zatrzymanego. Chęć pomocy, czy kolejny raz poczucia bycia „panem i władcą” czyjegoś istnienia. Niemniej Cullen mocno zaangażował się w uratowanie życia chorego. Oczywistym jest, że w przypadku osoby oskarżonej o kilkadziesiąt zabójstw, procedura operacji i przeszczepu, wygląda inaczej. W takim przypadku decydujące zdanie ma sąd. Pomiędzy stronami rozpoczęły się tarcia, Cullen twierdził, że nie pojawi się na odczytaniu wyroku jeśli sąd nie wyda zgody na operację. Sąd odwrócił temat mówiąc: „Umożliwimy Ci to, jeśli pojawisz się w sądzie”.

Wieść o próbie uniknięcia konfrontacji poruszyła krewnych ofiar. W specjalnym wniosku do sądu argumentowali:

Cullen jest mordercą. Szczerze wierzę, że zarówno ja, jak i inne ofiary powinny mieć prawo do zwrócenia się do niego w formalnej sytuacji. Jeśli wymiar sprawiedliwości jest sprawiedliwy, powinien zwrócić uwagę także na nas.

Lucille Gall, siostra jednej z ofiar

Wraz z innymi niewinnymi ofiarami Charles Cullen przejął kontrolę nad życiem naszego syna Michaela. Jako pielęgniarz, spojrzał nam w oczy, tak jak my na niego patrzyliśmy i okazał nam pomoc i współczucie. Widział nasz ból. […] Potem odwrócił się i popełnił kolejne morderstwa. […] Mój mąż Tom i ja prosimy sąd, aby umożliwił nam powiedzenie Charlesowi Cullenowi, że już nie ma nad nami kontroli.

Mary Strenko, matka jednej z ofiar

Głęboko wierzę, że naszym obowiązkiem jest danie ofiarom jedynej szansy na konfrontację z bolesną rzeczywistością wobec aktu przemocy sprawcy. To nie może się odbyć bez obecności Charlesa Cullena. Nie tylko po to, aby on usłyszał co mamy do powiedzenia, ale ponieważ proces sądowy musi to usłyszeć w jego obecności.

Jean Hoff, córka jednej z ofiar

Ostatecznie 2 marca 2006 r. Charles Cullen stawił się podczas wydania wyroku przed sądem New Jersey. Milczący, ze spuszczonym wzrokiem, ze skrywaną pod czarnym swetrem i koszulą kamizelką kuloodporną, przez kilka godzin wysłuchiwał wypowiedzi krewnych osób, których zamordował w ciągu ostatnich lat. Wielu z nich przyniosło zdjęcia ofiar, odczytywali wiersze oraz oświadczenia w stronę oskarżonego. W ciągu kilku godzin w swoich wypowiedziach nazywali go „potworem”, „synem diabła” i „śmieciem”.

Charlesie Cullenie, człowieku, który zamordował moją matkę… Jeśli chcesz zobaczyć, kim była, spójrz mi w oczy, a zobaczysz tę samą twarz.

Richard Stoecker, syn jednej z ofiar

Dlaczego na nas nie spojrzysz? Chciałabym ci pokazać, co nam zrobiłeś. To jest nasz syn w trumnie.

Claire Hardgrove, matka jednej z ofiar
(trzymająca w dłoni zdjęcie z pogrzebu swojego syna)

W ciągu tego dnia, oskarżony nie odezwał się ani słowem. Po wystąpieniach krewnych, Charles Cullen usłyszał pierwszy wyrok, należący do stanu New Jersey. Jedenaście wyroków dożywotniego pozbawienia wolności za 22 zabójstwa i trzy usiłowania.

Sędzia Paul Armstrong argumentował: „[…] kiedy wstrzyknąłeś lekarstwa swoim bezbronnym ofiarom, bezprawnie odebrałeś im życie i tym samym stałeś się winny ciężkich morderstw. […] Zignorowałeś godność i osobowość istot ludzkich powierzonych Twojej opiece, zdradziłeś starożytne podstawy zawodów uzdrawiających”.

Charles Cullen. thecrimes.pl

Rodziny ofiar podczas procesu. Źródło: link

Podobny wyrok wydał sędzia William Platt, który osiem dni później, w imieniu stanu Pensylwania skazał Cullena na 7-krotne dożywocie za siedem morderstw i kolejne trzy usiłowania.

Tym razem, już bez świadków Charles zabrał głos i odczytał oświadczenie traktujące o niesprawiedliwości wobec jego osoby. Następnie w ciągu 30 minut, setki razy powtórzył zdanie: „Wysoki sądzie, musisz to przerwać”. W konsekwencji sędzia Platt nakazał strażnikowi uciszyć go za pomocą szmatki, która została przytwierdzona do twarzy oskarżonego taśmą klejącą.

POST SCRIPTUM

Śledztwo i proces Cullena ukazały jedno: w całej sytuacji, nie tylko morderca był winny, ale i cały system służby zdrowia. W obliczu nagonki medialnej poszczególne szpitale przerzucały się odpowiedzialnością za swoje błędy. Szpital Somerset wydał oficjalne oświadczenie, w którym stwierdził, że „w pełni współpracował ze wszystkimi zainteresowanymi stronami i agencjami przez cały czas trwania dochodzenia Cullena”, a także nie ukrywał oburzenia, że poprzedni pracodawcy Charlesa nie ostrzegli go przed nim. W odpowiedzi na te słowa administracja szpitala otrzymała list od władz placówki Św. Łukasza, która groziła pozwem, jeśli Somerset nie ustanie w swojej krytyce.

W 2005 r. na obszarze 36 stanów weszła w życie tak zwana „ustawa Cullena”, której celem jest wymiana informacji o pracownikach służby zdrowia, którzy mogą stwarzać zagrożenie dla pacjentów. Nakazuje ona szpitalom sprawdzanie kandydatów do pracy w swoich placówkach oraz informowania instytucji państwowych o wszelkich objawach niekompetencji i zaniedbaniach swoich pracowników.

W 2013 r. Charles Cullen udzielił jedynego wywiadu telewizyjnego, w którym tłumaczył swoje zbrodnie. Jego spokój, niski głos, beznamiętność w spojrzeniu i w trakcie opisywania swoich zbrodni oraz aktualnych odczuć z nimi związanych jest nader widoczna i powoduje uczucie niepokoju u odbiorcy. Bez emocji opowiadał w nim o działaniu leków które podawał pacjentom, wyjaśniał dlaczego poszczególne szpitale pozwoliły mu pracować i ukrywały zastrzeżenia co do jego osoby. On także uważa, że robiły to ze strachu przed milionowymi odszkodowaniami i ze zwykłej wygody. Chwile zawahania u Cullena dostrzec można w momencie gdy autor wywiadu pyta co decydowało o wyborze pacjentów, którzy umarli z jego ręki i czy czuje satysfakcję z tego co zrobił. Cullen wówczas prezentuje pozycję obronną tłumacząc, że to dla niego trudny temat, do którego nie chce wracać. Ewidentnie wciąż ucieka przed oceną i ewentualną konfrontacją. Na pytanie, czy można traktować go jako seryjnego mordercę, odpowiedział, że „to wszystko zależy od definicji tego słowa”. Gdy został zapytany o motyw, stwierdził: „myślałem, że Ci ludzie cierpią, więc w pewnym sensie myślałem, że pomagam”.

W programie pojawiają się także Timothy Braun oraz Danny Baldwin, dwaj detektywi którzy rozwiązali zagadkę Cullena. Oboje podkreślali, że do wyjaśnienia sprawy, potrzebowali wykonać jedynie dwa telefony. To wystarczyło im, aby uzyskać pewność, że Charles jest wyjątkowo niebezpiecznym człowiekiem, który nigdy nie powinien pracować w szpitalu.

Ostatnie słowo w wywiadzie należało do mordercy. Na pytanie, czy żałuje swoich czynów odpowiedział: „Tak, ale nie wiem czy bym przestał to robić”.

W sierpniu 2006 r. Charles Cullen został dawcą nerki.

Obecnie ma 61 lat i odbywa karę dożywotniego pozbawienia wolności w więzieniu stanowym New Jersey w Trenton.

LISTA OFIAR CHARLESA CULLENA WEDŁUG AKTU OSKARŻENIA

  • John W. Yengo Sr., 72 lata, zmarł 11 czerwca 1988 r., w szpitalu Św. Barnaby.
  • Lucy Mugavero, 90 lat, zmarła 9 marca 1993 r., w Szpitalu Warren.
  • Mary Natoli, 85 lat, zmarła 23 lipca 1993 r., w Szpitalu Warren.
  • Helen Dean, 91 lat, zmarła 1 września 1993 r., w Szpitalu Warren.
  • LeRoy Sinn, 71 lat, zmarł 21 stycznia 1996 r., w Szpitalu Hunterdon.
  • Earl Young, 76 lat, zmarł 31 maja 1996 r., w Szpitalu Hunterdon.
  • Catherine Dext, 49 lat, zmarła 9 czerwca 1996 r., w Szpitalu Hunterdon.
  • Frank Mazzacco, 66 lat, zmarł 24 czerwca 1996 r., w Szpitalu Hunterdon.
  • Jesse Eichlin, 81 lat, zmarł 10 lipca 1996 r., w Szpitalu Hunterdon.
  • Ottomar Schramm, 78 lat, zmarł 30 grudnia 1998 r., w Szpitalu Easton.
  • Matthew Mattern, 22 lata, zmarł 31 sierpnia 1999 r., w Szpitalu Lehigh Valley.
  • Irene Krapf, lat 79 lat, zmarła 22 czerwca 2001 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • William Park, 72 lata, zmarł 8 listopada 2001 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Samuel Spangler, 80 lat, zmarł 9 stycznia 2002 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Daniel George, 82 lata, zmarł 5 maja 2002 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Edward O’Toole, 76 lat, zmarł 2 czerwca 2002 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Eleanor Stoecker, 60 lat, zmarła 12 lutego 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Joyce E. Mangini, 74 lata, zmarł 23 lutego 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Giacomino J. Toto, 89 lat, zmarł 23 lutego 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • John J. Shanagher, 83 lata, zmarł 11 marca 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Dorthea K. Hoagland, 80 lat, zmarła 6 kwietnia 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Melvin T. Simcoe, 66 lat, zmarł 5 maja 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Michael T. Strenko, 21 lat, zmarł 15 maja 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Florian J. Gall, 68 lat, zmarł 28 czerwca 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Pasquale M. Napolitano, 80 lat, zmarł 13 lipca 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Christopher B. Hardgrove, 38 lat, zmarł 11 sierpnia 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Krishnakant Upadhyay, 70 lat, zmarł 20 września 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • James R. Strickland, 83 lata, zmarł 23 września 2003 r., Szpitalu Somerset.
  • Edward P. Zizik, 73 lata, zmarł 21 października 2003 r., w Szpitalu Somerset.

 

  • Stella Danielczyk, 73 lata, którą Cullen usiłował zabić w lutym 2000 r., w Szpitalu Lehigh Valley.
  • John Gallagher, 9 lat, którego Cullen usiłował zabić 8 lutego 2001 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Paul Galgon, 72 lata, którego Cullen usiłował zabić 28 grudnia 2001 r., w Szpitalu św. Łukasza.
  • Jin Kyung Han, 40 lat, którą Cullen usiłował zabić 29 czerwca 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Frances Agoada, 83 lata, którą Cullen usiłował zabić 27 sierpnia 2003 r., w Szpitalu Somerset.
  • Philip Gregor, 48 lat, którego Cullen usiłował zabić w Szpitalu Somerset, w dniu 18 czerwca 2003 r.

BIBLIOGRAFIA:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Ostatnie wpisy